Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dlątkami... Na darmo, bo tamci wciąż swoje mówili: „Podpiszcie się!“ Ale o zbawienie duszy szło, to woleli wszystko stracić, a nikt się nie podpisał. Nikt, panie, ani jeden!
Zrobiło się cicho, przysapywali ciężko, jakaś kobieta, skulona pod piecem, rozszlochała się spazmatycznie, a mnie przejął lodowaty dreszcz zgrozy.
— A nie żałowali nam niczego! Niczego — wyrzekł ktoś z westchnieniem.
— I kiedy odeszli — ciągnął dalej staruszek — to ze wsi zostały tylko gołe ściany i ani jednego bydlątka, ani jednego ziemniaka, ani jednego ziarnka zboża, ani jednej skibki chleba, nic, tylko te sieroce płakania, głód, choroby i śmierć. I żeby nie miłosierdzie Boskie, tobyśmy...
— Co było, to i przeszło; ważniejsze, co nas teraz czeka! — przerwał mu jakiś młody.
— Nie śpiesz się, Józef, przyjdzie, i weźmiesz swoje, jak i my brali, weźmiesz...
Młody rzucił się niecierpliwie i rozgorzał, jak szczapa na wietrze.
— Wezmę, ale oddam z dokładką; przecież nie będę klęczący nadstawiał pleców, nie będę pacierzem bronił się przed kijem, nie, na kij znajdzie się kłonica, albo i co lepszego! — wołał gwałtownie, wyzywająco.
— Nie daj się, dużo sam zrobisz, trykaj łbem we ścianę, trykaj! — drwił stary.
— Wszyscy tak już wiedzą, jak i ja. Nie pozwolimy się zarzynać, jak barany!