Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A po krótkim odpoczynku i po przybyciu paru księży, najdziwaczniej poprzebieranych, rozpoczęła się właściwa praca misyjna.
I cały dzień ołtarz jarzył się zapalonemi świecami, cały dzień oblegały go tłumy rozmodlonych i cały dzień, prawie bezprzestanku, księża nauczali, słuchali spowiedzi, komunikowali, dawali śluby i chrzcili.
Przeszło pięć tysięcy osób czekało na to z upragnieniem.
Byli tacy, którzy dwadzieścia mil przyszli, przekradając się lasami, jak wilki.
Byli tacy, których chrzczono, dawano im śluby i zarazem chrzczono ich dzieci.
Byli tacy dorośli, żonaci, dzietni, którzy po raz pierwszy w życiu widzieli mszę.
Byli i tacy, a takich znajdowało się najwięcej, którzy za każdą mszę wysłuchaną, za każdą spowiedź, za ochrzczenie każdego dziecka, za wzięcie ślubu, za polski pacierz i za polską książkę brali kije, płacili kary i całe miesiące przesiedzieli w więzieniach.
A jednak wszyscy przetrwali!
Cisi, prości, spokojni, wierni, a niezłomni i niezwyciężeni.
Taki jest, panie, nasz lud na „Czerwonem Podlasiu“.
Skała, w którą przez czterdzieści lat biły całe huragany piorunów i nie zmogły, przetrzyma i wyodrębnienie Chełmszczyzny, i nowe prześladowania; przetrzyma wszystko i wszystkich...
Zakończył opowiadanie p. R.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·