Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jak przyjdzie pora, to wiadomo będzie.
Dopiero kobieta, widząc moje odosobnienie, objaśniła ich, kto jestem.
Wyciągnęły się do mnie twarde dłonie, ktoś dorzucił gałęzi na komin, światło buchnęło na całą izbę, a ja mogłem się przyjrzeć zebranym. Nikogo jednak nie znałem osobiście, ale dobrze znałem ten typ bohaterski, te surowe, a pełne dobroci twarze, te oczy nieulękłe i te męczeńskie głowy „opornych“.
— Chyba obcy tutajby nie trafił! — powiedziałem, witając się z każdym zosobna.
— Ale zawsze trzeba ostrożnie. Zły człowiek, jak smród, wszędzie się wciśnie.
— Trzeba się nieraz strzec własnego cienia.
— A to ciężko się uchronić! Mało to „duszołapów“ węszy za każdym opornym!
Parę dni temu wyniuchali Michała Klimiuka z Wisznicy.
— Co się stało? — odezwały się strwożone głosy.
— A wzięli go! Bo to, panie, za ślub katolicki! — zwrócił się do mnie. — Brał go jeszcze jesienią w Krakowie. Po powrocie ona, że to pochodziła z drugiej gminy, zgodziła się do męża nibyto za służącą, i żyli sobie, jak Pan Bóg przykazał. Aż tu którejś nocy strażnicy przycapnęli ich razem, przetrzęśli całą chałupę, że nawet poszycia pozdzierali z dachów, i znaleźli ich ślubną metrykę! Co się im przytem zaraz dostało, to Bóg jeden wie. Ją związali, jak barana, i popędzili do gminy oddać ojcu, a jego powieźli do powiatu. A teraz każą mu drugi ślub brać w cerkwi!