Strona:Władysław Orkan - Opowieść o płanetniku.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


słońca i duszy darzonej — chmurą trwożącą zawisa; każdą chwilę radosną skrzydłem czarnem jako liść wiatrem porywany zwiewa, jako krzyk mewy zbłąkanej we wichrze jest jego krzyk rozpaczny, wywołujący ze życia; jedynie na mogiłę zlatuje pełen współczucia, litośnie skrzydłem zimną darń ochładza — wiew jego wtedy jest jako szept matki:
„Śpij, dziecię...“
O ptaku-smutku! O ptaku-tęsknoto! O duszo-tajgo szumiąca!...
Zwoływał wszystką wolę, wszystkie potracone światła, aby nie dać serca w szpony smutku, który go nieraz na długie dni obezwładniał. Nawodził na pamięć różne przydarzenia, wyraźne sprawy, ludzi...
Począł wkońcu z zajęciem myśleć o najbliższym na tej przestrzeni osobniku, o starym Janie-rodaku, który mieszkał w samotnej chacie na krańcu rozwidla, na lewym brzegu rzeki.
U niego zwykle miewał nocleg, gdy w tych stronach polował.
Stary lubił myśliwych; sam nie mogąc dla starości używać z pożytkiem strzelby, radami doświadczonemi im służył: jakie wybierać miejsca na zasiadkę, któremi szlakami zwierz grubszy chadza, gdzie go najlepiej podejść i t. d. Wzamian za życzliwe rady i gościnę myśliwi zostawiali staruszkowi zawsze jakąś część upolowanej zwierzyny.
Miesiąc już, jak starego nie widział. Jak go też przyjmie?
Stary dziwaczał czasem. Nachodziła go chandra — wtedy zamykał się w chacie, albo za-