Strona:Władysław Orkan - Opowieść o płanetniku.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


LIS.

— Idźże, przynieś co dzieciskom, widzisz, że głodne — rzekła lisica chłopu swojemu, który się iskał, siedząc na przyjamiu.
Obejrzał się nieładnie na nią, poczem złagodziły mu się oczy, gdy je powlókł po lisiętach, tarzających się u kolan matki.
— Tu i człowiekby nie nastarczył — począł mruczeć. — Dopierom wczora przyniósł gęś, musiałech za wodę po nią chodzić, i już nie staje. Jak tak bedziecie gazdować, to sie dogazdujecie niewesołego końca, przepowiadam. Teraz o żywinę coraz trudniej, ludzie stali się postrożni...
— Nie bajdurz — przerwała mu lisica — ino się zbier z te ziemie i idź poszukać co, bo wnet bedzie połednie.
Lis się przecignął, i ziewając spojrzał okiem w górę.
— O, jeszcze słonko nie wyszło nad Gronie...
— Tak gadaj — szczeknęła lisica, złemi oczami patrząc — tak gadaj, że ci się nie chce. Wolałbyś leżeć. Całemi dniamibyś leżał. A żywina sama spadnie, jak szyszka pod nogi. Możebyś chciał jeszcze, żeby ja z dzieciskami znosiła ci pod nos wszystko — co? Pańskibyś miał żywot.