Strona:Władysław Orkan - Opowieść o płanetniku.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rozum sie nie pyta, ba bije... na śmierć bije! Tak. Ja to wiem dobrze.
— Cóż ty, człowieku, możesz wiedzieć? Cożeś ty podżył na świecie gorzkiego?
— Ja nic nie gadam. Co wy chcecie? Możeście wy szpieg jaki? Co?
I nie czekając wyjaśnień, umykał jak zwierz, gdy dojrzy zasadzkę.
Nieraz też któraś z kobiet, bo go te jeno litowały, zapytała go:
— Jakże ci tam, Wojtuś, przy tem wojsku było?
On na to z pewną przechwalą:
— He, he! Ja już nie Wojtek! Ja Szczepan!
— No to, Szczepanku... jak to tam przy tem wojsku było? Opowiedzno nam choć nieco...
Nie dawał się długo prosić, ochotnie opowiadał.
— Raz nam kazali zabrać wszystko, całą zbroję swoją i masierować na manibry, bo tam nieprzyjaciel czekał. Zebrali my sie wartko, coby nieprzyjaciel tymczasem nie uciekł, i szliśmy cięgiem polami, obchodząc drogi zdaleka, aby go zajść znienacka. Śpieszyli my sie strasznie, ale i to sie widziało jednorałom, co za nami na koniach jechali, że za pomału idziemy, bo nas co chwila przynaglali, a czasem kazowali biec, co sił wystarczy. Niejeden słabszy nie wytrzymał, bo i upał był okrutny, zwłaszcza, jak przyszło iść po piachach, gdzie nogi wiązły po kostki. To też dużo poostało, i zbierali ich na wóz. Ale my reszta szliśmy wytrzymałe, bo cóżby sami jednorałowie z nieprzyjacielem robili, jakby my wszyscy poostali — aże doszli my do jakiejś wsi, gdzie nam