Strona:Władysław Orkan - Opowieść o płanetniku.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wykroty, i idąca pomroką ku górze nigdy nietknięta gąszcz omszałych świerków i jodeł.
Pobrzask rozednił las i pobudził życie przyczajone...
Z dalekiej gęstwi leśnej dobiegł tokot głuszca.
W skraju trawiastym naprzeciw ozwał się cietrzew.
Wreszcie i dzięcioł począł pracować. Z niedaleka słychać było jego miarowe kowanie.
Zaczem i inne ptactwo leśne poczęło dawać znać o sobie.
Pode mgłą na jeziorze życie już wrzało... Kwaki, gęgania, turczenia rozszerzały się, jak jarmarczne fale, i tworzyły dziwny koncert, tłumiony wełną mgły, która je czyściła, iż przebijały się przez nią jednym zespołem radości.
Rozbudzone ptactwo wodne różnemi głosy chwaliło dzień, który przeze mgłę czuło. Światło bowiem przeciekało przez gęste, zwełnione warstwy — i mgła, rzednąc powoli, stawała się ze sinej liliowa. W onej liliowej rozpyli blisko brzegu ukazywały się barwne widma podlatującego ptactwa; nawet ich łyskliwe szyje i strojne harfy skrzydeł uznać było.
Wacław, siedząc nieruchomo na usłaniu gałęźnem między pniami, dolinę rozwidniałą mając u stóp, chłonął oczyma pilnemi i słuchem wyostrzonym rozbuchane pokolei życie. Słuchał uważnie tokowania głuszca, zajmował go odzew cietrzewia, pilnie śledził robotę dzięcioła; gdy ten począł kuć na pniu niedalekim, z zajęciem przyglądał się jego czarnej jak sadze opierzy o czerwonym, wywiniętym czepcu; lecz najwięcej uwa-