Strona:Władysław Orkan - Opowieść o płanetniku.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Opanował się przecie; wypatrzył na skraju kępkę wysuniętą drzew, podszedł tam, narwał gałęzi, zrobił siedzisko usadowił się pomiędzy pniami, strzelbę wziął na kolana...
— Tędy muszą z tajgi schodzić — pomyślał. — Może i parę sztuk się trafi...
Noc jeszcze trwała. Cisza taka nakaźna wisiała w powietrzu, że Wacław oddech przytłumił i zastygł w martwocie czekania. Gdy tak trwał w znieruchomieniu, a chwile ciszy jako sowy ponad nim na gałęziach posiadły, poczęły dowiewać od strony tajgi głosy dziwne — jęki — poszumy — westchnienia...
— Tajga mówi — przypomniały się Wacławowi słowa Tunguzów. I wsłuchał się całem czuciem wgłębionem w tę mowę...

Naprzód z dalekich — dalekich okrain jakieś echo... Ni to myśliwski róg, ni to krzyk ostatni zwierza... Stłumione oddaleniem... Zgasło.
Zaczem ze środka lasu, z piersi tajgi wydobywa się postępek — zrazu słaby... Nabrzmiewa bólem — potężnieje — jak młoty spadają na serce jego razy... och! och!...
Czy nie ustanie?... Czy się nigdy nie skończy? Wieczność trwa... O jęku ziemi!... Nareszcie...
Postek słabnie — przechodzi w ciche rzężenie... Ktoś w tajdze kona!
Cyt... Szelesty... Gdzieś górą... Jakby duch tajgi u szczytu prostował skrzydła...
Cisza znów. Cisza straszna. Cisza-przerażenie.