Strona:Władysław Orkan - Opowieść o płanetniku.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chą. Mam jeszcze jeden tom. Z tych ksiąg wyszło do mnie wówczas Sumienie...
Nic już nie zamąciło ciszy. Dowiewała tylko czasem od brzegu głęboka mowa fal.
Zdało się Wacławowi, że tylko chwilkę się zdrzemnął, gdy go zbudziła dłoń Jana.
— Czas już. Kosy nisko.
Brodacz już stał gotowy. Pożegnali starego uściskami dłoni i ruszyli. Jan odprowadził ich za chatę.
— Niech Bóg poszczęści — szepnął Wacławowi. — Wracajcie wnet. Obiad przyrządzę.
Wacław puścił brodacza przodem. Szli w milczeniu. Noc jeszcze gęsta trwała. Jednak od iskier gwiazd czyniło się na ziemi źrocznawo, tak iż można było kształty przedmiotów, topiących się w pomroku, rozeznać.
Trzymając się wskazań Jana, szli brzegiem dawnego łożyska Leny, na którego dnie spała woda, płachtą mgły równo nakryta.
Następnie wydostali się na łąki. Rosa gęsta przysiadła trawy powalone — brnęli przez nie, jak przez rzekę.
Na prawo ku północy rozciągała się i ginęła w mroku rówien na przestrzeń z rzadkiemi majakami drzew i wizjami mgły, osiadłej na jeziorach.
Na lewo, niedaleko czerniły się kępy i wznosiło się ciemne zbocze o roztopionych w zamroczy konturach.
Ciszę zamącał jedynie daleki poszum wód — chwilami ledwo znaczny, to znowu wyraźniejszy — i szelest oroszonych traw, przez które brnęli.