Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ciła głowę, by łzy nic leciały na twarzyczkę maleństwa. Łzawe oko posunęła po zgliszczach... Ile to i jakich pamiątek może zniszczyć lekkomyślna zabawka! Pasterze, kiedy rozniecali ogień pod strzechą opuszczonej chaty, ani na chwilkę nie przypuszczali, że łzy tu kiedyś popłyną tak obfite, iż ogniskoby mogły zagasić...
Patrzyła kobieta na zgliszcza, i w nich widziała zagubę wspomnień z młodych lat, widziała zniszczoną ostatnią kryjówkę złej doli... Patrzyła na dolę dzisiejszą, a wspomnienia miłych, choć sierocych lat ulatywały z pamięci, osłonięte smutkiem... Patrzyła na góry, i puste widziała wyręby... Czy wszystko niszczy czas?
Płyńcie łzy smutku, i wspomnień ulatających, i obawy przerażającej przyszłości!... Nic was nie ukoi. Ni widok chatki, bo jej nie ma, ni czernią lasów, owa czarna szata wspomnień z pasterzego życia, bo ją zdarły ciupagi chłopskie za żydowskie pieniądze a lekkomyślność pańską, ni ludzie litościwi, od których podarunek, maleństwo, ssie zawiędłą pierś, i tak już bólem wyssaną... Płyńcie łzy sieroce!...
Resztkami wypłakanych łez miejsca wspomnień żegnała i ku wsi powlokła chwiejne nogi... A słonko nie bije ją już w twarz promieniami, nie wraca napowrót... Oj, mogła wtedy słonka usłuchać, nie chodzić do dworu na dochowek!... Taj dochowała się...