Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Gwar w najrozmaitszych tonach miesza się z krzykliwym śpiewem pijanych...
Ot, właśnie jakiś niemłody gazda, porządnie „zakropiony“, kołysze się „na letkich kerpiołkach“, a szarpie z kobietą, która się stara wyprowadzić go „do chałupy...“
— Tam dzieciska głodne... Trzeba wziąć soli. Tu nicego nie wysiedzis!... — mówi kobieta uparcie...
— Eh, djabli ze solom!... — odpowiada jej. — Teroz sie nie uciesę — kiez sie uciesę?... — i obejmuje ją wpół, śpiewając chrapliwie:

Ani jo zagrody, ani jo piniędzy!...
Syćko djabli wzięni — jesce umrę w nędzy...

— To nie pij!... — krzyczy mu kobieta w uszy... — nie daj zydowi!...
A gazda ciągnie ją do izby, kończąc:

Ktoz mie tak usrocy — ktoz mie tak ugości?
Jak nima piniędzy — do zyda noprości!...

I jeszcze z za drzwi, z hałasu się wydobywa:

Pił mój dziadek jesce — i ociec mój pijoł...
Wtoryzby sie synek z tatusiem wymijoł!...

A w sieni parobcy, ciągnąc dziewczęta, nucą im już ciszej:

Na samym wiersycku — bucek przy lescynie...
Powiedz-ze dziewcyno, cy mie kochos, cy nie?...

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·