Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


za nim postępował jeszcze, wyprowadzając gościnnie, nauczyciel...
— Odwiedzisz mnie jeszcze?... — spytał.
— Jeśli dłużej zabawię, owszem...
— No, do widzenia!... Trzeba iść do klasy. Dzieci wrzeszczą. Lada dzień spodziewam się inspektora... Do widzenia!....
Ucałowali się — rozstali... Gwar dzieci nagle ustał za wejściem „pana prefesora“, jak za jakim zaklęciem czarodziejskiem. Pan Władysław wsiadł do sanek, ukłonił się jeszcze do okna nauczycielowi — i słychać tylko było monotonny głośny pacierz dziatwy, to drobne dzwonki mknących po gładkiej gołoledzi sanek...

W powiatowym miasteczku L** ruch panował wielki... Jarmark — więc mnóstwo ludzi ściągnęło z okolicy i z dalsza. Krzyki, nawoływania przekupniów, kłótnie handlujących żydów, beczenie ciągniętych na rzeź cieląt, ryki głodnego bydła, śpiewy hałaśliwe ubłoconych pijaków, wszystko to zlewa się w jeden hałas jarmarczny, niesłyszany w innych zbiegowiskach, li tylko na jarmarkach mający miejsce...
Dodać potrzeba, że jarmark odbywa się w czasie przejściowym z zimy do wiosny, błoto więc, mieszane tysiącami stóp, przelewa się jak rzeka brudnej lawy... Gdzieniegdzie można napotkać