Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gając z dala na miskę i połykając całe, a jak drobniejsze — dwa na raz ziemniaki. Niedługo wytrzymała matka, żeby się nie odezwać.
— Józek! Nie wychliptuj mleka!
— To dolejcie!
— Jo ci doleję, ty psio pokrako! Przydzie cas, zebyś zjodł suchuteńkiego ziemnioka, jescebyś łapy oblizoł.
Stary, zapatrzywszy się w okno, pochylił łyżkę. Mleko z niej wylało się na ziemię.
— E jakze ty jes, weredo? — szturknęła go styliskiem baba.
Nie odpedział jej jeszcze, kiedy coś zadudniło w sieni, a potem drzwi zaskrzypiały na zawiasach.
Obejrzeli się wszyscy. Na progu stanął chuderlawy chłopina.
— Niech bedzie pochwalony!
— Na wieki wieków! Witaciez kumotrze!
— Podź-cie dalej! Zeprzyjcie sie...
— Kielecko telecko[1].
Przybyły kumotr zerknął ukradkiem po izbie i uśmiechnął się złośliwie.
— E dyć wy se tu jecie, jecie... a nic nie wiecie, co sie stało...
— Coz takiego?! — wrzaśli naraz wszyscy.

— No, coz takiego — cedził wolna

  1. Kielo telo (zdrobniale), na chwilkę