Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Chciałby jak najprędzej zasiać na wiesnę, temu leci — ozwał się z wiarą stary Szczepan.
— A wy byście to nie chcieli? — żartowała idąca za nim kumoszka.
— Dyćby każdy rad. Ale cóż? Młodszemu zawdy raźniej. Trudno wszyscy mają być pierwsi.
Rozsądną odpowiedzią zamknął gębę śpasobliwej kumoszce. Odwróciła się do dziewczyny idącej w tyle.
— A ty, Wiktuś, czemu ostajesz na zadku?
— Nika mi nie śpieszno — odpowiedziała hardo Wikta i gniewne spojrzenie rzuciła na działek, gdzie się czerniła chazuka Jędrka.
— Niech leci! — pomyślała.— Myśli, że go bedę gonić... jutro!
— Wiktuś! — ciągnęła kobieta, nie zrażona suchą odpowiedzią. — Rówieśnice cię poodlatują i co bedzie?... Patrz, ka hań to już Jadzia z Anielką! — Pod samymi chałupami!... A nie wiesz to, że dziopy powinny dziś na wyścigi lecieć, coby w mięsopusty była o nie dobijacka...
— Nika mi się nie spieszy... — odrzekła sucho.
— Taak? A chciałaś na jadwencie wesele zrobić. Nie spieszyło ci się? co?
Głośny śmiech idących przodem zawtórował słowom złośliwej kumoszki. Wikta zacisnęła zęby i stanęła odwracając się za siebie, choć nie było kogo wyzierać, bo już wszyscy prze-