Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pnęła do siebie i zabrała się do gniecenia bryndzy na szerokiej misce, lejąc mleko słodkie i bijąc pół kopy jaj.
Dwaj chłopcy przybliżyli się ku niej.
— Mamusiu, co to będzie? — zapytał nieśmiało młodszy.
— Kołacze będą...
— Dziś?... — spytał starszy.
— Dziś póst... nie wiesz o tem? Wilija...
— To nic nie będziemy jeść, bo mama powiedziała Teresie, że dopiero na wieczór ugotuje...
— Na wiliją... — oświadczyła matka.
— To dopiero wieczór wilija?... — pytał żałośnie młodszy.
— Cały dzień wilija, ale się dopiero na wieczór je...
— Na wieczór!... — szepnęli smutno obydwa i spojrzeli ku garnkom, stojącym rzędem na nalepie.
Niezadługo wróciła Tereska i jęła się łupienia kartofli. Matka pokończyła swoje, zapaliła w piecu i szła robota po robocie, raźno, wartko... W dymnej izbie wisiało oczekiwanie rok niewidzianej wilji...
Niebawem i Błażej wrócił z podłaźnicką. Zmarzł, jak sęk, bił kerpcami o ziemię i pchał się ku piecowi...
— Mróz, jak sto dyabł...
— Cit!... — pogroziła mu żona — wilija dzień