Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A śniadanie?
Nie odrzekł nic. Wyszedł za próg, na osiedle, wyciągnął pług, nabił lemiesz i trzósło i poszedł do stajni wyprowadzić woły...
— Trza robić, trza... — powtarzały wargi wciąż i bezustanku.
Robi wszystko, jak dawniej, lecz machinalnie i bez czucia.
Wiarę stracił — i porusza się, jak maszyna, party jedyną koniecznością życia.
— Trzeba żyć, trzeba...
W szeroko otwartych i naprzód zapatrzonych oczach drzemie tylko jedyna myśl — o czarnej przyszłości...