Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wypowiadały posłuszeństwo, a teraz stanęły w jawnej niezgodzie z nim samym...
— Nie porada se dać rady — szepnął i poszedł za niemi, gdzie go wiodły.
Widzi... «Jasiek orze zagon koło Zimnej Wody. Hań, za Działek wyciągnął pług Józek od Cieśli... małemi byczętami... nie stać go na większe... A przecie do niedawna był z niego rzomny gospodarz!»
Przebiega okiem pola i zagrody... «Jak to wszystko zmalało do kaduka! Hań nieboszczyk Szymek od Grzędy miał teli kawałek... całe długie stajanie... Dziś ino strzępy. Dzieciska potargały, podzieliły się do równości — zostało im po zagonie... A dyć ono nie ino hań! Bo i u Zapały nie dojrzysz kawałka na całej roli, coby korzec owsa mógł wleźć na niego... Same zagony wąziuteńkie, jak nitki... Miedze i miedze — jedna przy drugiej... Do kaduka! Cóż się to dzieje?... Przecie to niedawny czas, a tak się pozmieniało wszystko... Coby to było?...» — Myśli... — «Aha! już, wnedziutki... ino, ino... zaraz... Nieboszczyk dziadek miał całą tę zagrodę, kaj ja siedzę... Dziś nas pięciu do tego... bo tak: On podzielił synów, ci — swoje dzieci... a ja znowu podzielę... Jezus kochany!» — krzyknął głośno.
— Bartek! O cóż sie ty drzesz? — zawołała przestraszona baba i podeszła ku niemu.
Bartek nie słyszał nic... Przerażone oczy la-