Strona:Władysław Orkan - Nad urwiskiem.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chlej upiekły... Potem o to, żeby Duch Święty natchnął gospodynię, coby nie zahaczyła o nim i poskrobek wyniesła na chłód, zanim się insze ostudzą... Nakoniec o to, żeby też Matka Najświętsza przyczyniła się za nim i uprosiła Pana Jezusa, synaczka swojego najmilszego, coby mu już wynieśli tę juzynę, bo się cnie... Oj, cnie się! W niebie ani o tem nie wiedzą, jak się cnie.
Obchodził owce dookoła, zganiał je w dolinę i modlił się tak szczerze, jak na świecie nikt.
Zmówił wszystkie pacierze, jakie umiał napamięć — a tu nie widać i nie i nie... Nikoguteńkol Żywej duszy! Pustka i pustka, więcej nic.
Chodzi pośród jałowców, a owce się pasą, a dzwonki drobne turlikają wciąż...
Cień ponad las już przemknął i wyszedł do wrębu i ku wierchowi zwolna się posuwa. Niedługo dojdzie na sam szczyt...
— I amen! — szepnął sobie. — Daremne czekanie... o Jezus! Jezus!
Począł cicho łkać.
Lecz wnet otarł łzy rękawem, przybaczył sobie, że niedaleko stąd, przy samiuteńkich ugorach jest posadzony czyjś zagon ziemniaków...
— Możeby iść? — pomyślał — i wygrzebać pare...
Ciekawy był zresztą, dużo podrosły od tego czasu, kiedy ostatni raz na nie zazierał. Wtedy jeszcze wodne były, nie do jedzenia.