Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przyjęła go do domu na czas jakiś — to robił, pomagał jej całem wdzięcznem sercem, i nie widać było po nim, aby mu co w rozumie brakowało. Ale niech jeno kto przyszedł i z żartu nóż mu pokazał — już go nic nie utrzymało. Uciekł w pole i już się nie nawinął.
Do spotkanego kogoś, kto mu wyrzucał słowami: „Nie dobrze ci tam było? Nie mogłeś tam ostać?“ lub podobnie inaczej, powiadał:
— Ani człek wie, moiściewy, co go może trafić. Gotowi zarżnąć... co myślicie!
— Bajże, baj! Ktoby cię ta zarzynał! Coby komu z tego przyszło?
— Ho! Ani wiecie, co kto myśli. Cóż przyjdzie z tego ludziom, że biją inszych? A biją...
— Bo jak kto zawini... Ale ty, cóż komu wadzisz?
— Nic nikomu nie wadzę. Ale któż wie... Czasem człek nic nie zawinił, a karzą go. Nierozum sie nie pyta, ba bije... na śmierć bije! Tak. Ja to wiem dobrze.
— Cóż ty, człowieku, możesz wiedzieć? Cożeś ty podżył na świecie gorzkiego?
— Ja nic nie gadam. Co wy chcecie? Możeście wy szpieg jaki? Co?
I nie czekając wyjaśnień, umykał jak zwierz, gdy dojrzy zasadzkę.
Nieraz też któraś z kobiet, bo go te jeno litowały, zapytała go: