Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sięgi. Lecz skoro tylko od ołtarza się odwrócił — jakby czar z niego spadł... Sakrament go odmienił. Czuł, że się coś za nim zamknęło — jakaś furtka, która czyjaś dobra ręka oliwa nasmarowała, iżby pocichu się zawarła — i oto znalazł się niespodzianie (tak mu się zdało) na miłem podwórku. Patrzał w zdumieniu dookoła — i wszystko inaczej mu się przedstawiało, niż gdy wchodził. — Zdziczenie jego, niedoszczętnie widać przez zabiegi panny Irys wytępione, w tej sytuacji się ozwało. — Każdy oswojony człowiek patrzałby we drzwi domu, cieszyłby się w sercu na przyjęcie, na miłą, tem ciekawszą, iże nieznana gościnę. A on, jakby w potrzasku, szukał oczyma w płocie dziury, którąby można umknąć. A skoro widział, że niema nijakiej rady, przybrał poważną minę gościa — i z takim wyrazem szedł do kościoła.
W drodze, gdy przejeżdżali przez gwarna ulicę, z hałasu ulicznego doleciały ich okrzyki roznosicieli dzienników:
— Wesele Prometeusza!... Straszne utonięcie w balji!... Katastrofa!...
Prometeusz zasępił się — dowcipni tłómaczyli: przypomniał sobie sępa.
Panna Irys, przytulając się do jego ramienia, szeptała w rozpromienieniu:
— Ach, jakam szczęśliwa!
Zajechali do hotelu. Prometeusz snuł się mię-