Strona:Władysław Orkan - Herkules nowożytny.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Istotnie, w modnem ubraniu, o zaokrąglonem już i zaróżowionem nieco obliczu, gdy, przechodząc ulicą, przezierał się w szybach, widział, że nie wyglada gorzej od pięknego z najdroższego bazaru subjekta.
— Mój Promuśl... szepnęła, pieszcząc oczami jego wyładniałą głowę.
Prometeuszowi niemiłe zabrzmiało w uszach to zdrobniale urobione imię. Uczuł pewien wstyd i jakoby zawinienie pewne wobec... sępa.
Spoważniał i myślą przeniósł się do swoich gór. Gdzie on też teraz?... Pewnie z tęsknotą krąży ponad skałą — a skała pusta... Zmęczony kołowaniem, siada na cyplu skalnym i głodny wzrok puszcza wdół po wancie, gdzie tkwi jeszcze rdzą przegryzione ogniwo...
— Gdzież tak daleko patrzysz? — zagadnęła go Irys, nachylając się przed jego oczy.
Popatrzył poważnie na nią, jakby nie słyszał pytania.
— Cóż tobie? — rzekła już zaniepokojona. — Patrzysz na mnie, a nie widzisz mnie. Obudź-że się!
— Wydaje mi się, jakobym był zbiegiem...rzekł powoli.
— Nie rozumiem cię.
— Tak, tak...
— Żeś się wyrwał z tych więzów?...
— Czym powinien był...