Strona:Władysław Orkan - Drogą czwartaków od Ostrowca na Litwę.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ścieliły się też łąki o wtórnej, przygasłej trawie, i wyświecały sie tu ówdzie łachy ściernisk.
Uderzały wzrok napół zebrane pola, częścią w kopach, częścią na pokosach — jak gdyby ktoś przemożny robotników od polnych żniw odwołał. I oto ziemia świętuje. Żywej duszy — jak zagony długie — nie widać. Gdzie ten naród-właściciel, który nad wszystko cenioną ziemię rodną w takiem opuszczeniu ostawia? — Odpowiedź na to miała nam wyjść naprzeciw po wielu wiorstach drogi.
Słońce, wytoczone nad spory okraj nieba, zalewało, padając z ukosa, ściernic, łąki, zboża, z rosy deszczu nocnego jeszcze nieobeschłe, kładło się w poprzek maszerującym kolumnom.
Pułk święcił w tym pochodzie pierwszy dzień swego wystąpienia w pole. Ta świadomość, popierana świeżością wonna pogodnego rana, napawała żołnierza zrozumiałą dumą i podnosiła krzepka tężyznę oddziałów. Szły raźnie szeregi młode, pełne poczucia swojej wartości bojowej i spodziewanych w krótkim czasie niezwyczajnych czynów.
Komendant pułku, ów głośny ze swoich przewag karpackich Bolesław J. Roja, jadący poprzód ze sztabem swym, zatrzymał się u wylotu drogi bocznej i lustrował zostrzonym wzrokiem nadpływające oddziały.
Pierwszy szedł batalion kapitana Andrzeja Galicy. Mimo, że był to materyał świeży, przeważnie z Królestwa w ostatnich miesiącach zwerbowany, szeregi