Strona:Verner von Heidenstam-Hans Alienus.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rzucił szuflę i usiadł na worku.
Tymczasem otwarł Giovanni z wahaniem szklanne drzwi od ulicy i zawiadomił:
— Znów leje deszcz i tak prędko nie ustanie, a państwo nie mają parasoli!
— Im więcej przygód, tem lepiej! — rzekł Hans. — Słuchajcież, przyjaciele! Jesteśmy wszyscy młodzi i beztroscy. Czemuż mielibyśmy zwieszać głowy? Ja przynajmniej nie mam ku temu powodu! To też proponuję... przedewszystkiem mówmy sobie od tej chwili ty! Powtóre, złóżmy ślubowanie, że przeżyjemy cały rok jak można najweselej i w pełnem szczęściu. Każdą chwilę Chwytajmy pożądliwie, jakbyśmy żyli we Florencji, pamiętnych dni zarazy.
Betty podniosła pince-nez i spytała, przybierając zamyśloną minę.
— Któż w poważnych jak dziś czasach da nam uprawnienie do tego?
— My dajemy sobie sami to prawo!
— A jeśli nie zdołamy dotrzymać ślubu?
— Natenczas złożę jako karę połowę mej schedy macierzyńskiej na urządzanie obchodu karnawałowego, który wymyślisz dowolnie ty, Betty!
— Taka kara, to coś w guście Hansa Alienusa! — odparła. — Myślę, że zgóry winieneś się pożegnać z polową majątku!
— Zobaczymy! Sama wyrażasz ciągle chęć zrzucenia przymusu na czas pobytu zagranicą, a to właśnie potrwa przez rok. Może się nie zdarzyć podobna sposobność. Kto chce należeć do spisku, niech podniesie palto wskazujący i środkowy! Później będzie to nasz znak tajemny, a ostrzegawczy