Strona:Verner von Heidenstam-Hans Alienus.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bijała teraz drżąco rozgrzaną twarz dziewczyny, tak nisko pochylonej, że koniec welonu dotykał powierzchni. Skryła omączone policzki w dłonie. Z pośrodka cysterny bił w górę pryskliwy słup, niby młodzian, sięgający w miesiącu kwitnienia pierwszej miłości, całą jaśnią i krasą życia w wyże niezmierzone słońca, by wrócić ponownie do ziemi, z której się dźwignął.
Hans stanął, wznosząc żartobliwie szuflę z mąką ponad jej głowę, ona zaś kryła tem usilniej twarz, rozszerzała jednak palce, by przez nie widzieć. Widział, jak śmiały się jej usta niezakryte. Nagle jednak opuściła ręce i, jakby miała dość zabawy, zażądała spokojnie oddania szufli.
Ani mu to postało w głowie! Czyż miał jej słuchać, on najniezależniejszy człowiek na świecie, który nic sobie nie robił z rozkazów? Postanowił, że musi czekać, aż ją ochrzci mąką, nadając inne imię.
Odparła, że pokaże mu, jak umie uciekać.
Zarzuciła welon na twarz i ruszyła, nie śpiesząc się jednak zbytnio. Ale chwycił ją za ramię i przytrzymał. Wykręcała mu z dłoni bronzowy przegub, mimo że dzierżył tak słabo, iż mogła się wyrwać najsłabsza. Pochylona wstecz, dotknęła plecami jego piersi i stali tak dość długo.
— Strasznie uczona, ta Betty! — szepnęła — Towarzystwo jej męczy czasem!
— To prawda! — przyznał. — Przyjemniej tak stać, niż jej słuchać.
W tej chwili wyszarpnęła rękę, chwyciła szuflę, pochyliła głowę i dmuchnęła mu mąką prosto w oczy.
— A co, któż wygrał? — zawołała radośnie i uciekła z powrotem tą samą drogą. Rąbek welonu,