Strona:Verner von Heidenstam-Hans Alienus.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wyglądasz pan w tym kostjumie wprost komicznie! — zaczęła Betty natychmiast łamaną nieco, ale wzorową włoszczyzną.
Nie dal zaraz odpowiedzi i witał się z obu Włoszkami, przeto Betty ponownie rzuciła mu rękawicę.
— Hans Alienus niebardzo grzecznie dziś nastrojony! Tak bywa z dziwakami, albo zwieszają głowę, albo też szaleją z pustoty, aż się domy trzęsą. Opowiem panu teraz coś, co pana ucieszy!
— Cieszę się zawsze.
— Nie zawsze.
— Zawsze, ujrzawszy coś tak pięknego, jak teraz właśnie.
— Weź pan swe jedwabne pończochy i wszystkie tamte stroje i przedłóż współczesnemu krytykowi, to odnajdzie w tem jeno, tyle a tyle funtów jedwabiu i złotych nici.
— Ależ ten jedwab i te nici podobają mi się!
— To właśnie głupio z pańskiej strony. Zresztą, jesteś pan zaproszony na śniadanie do Almerinich, gdzie posłyszę zapewne próbki pańskich zdolności ligwistycznych.
— Znowu wracamy do filologji, widzę! Ego, mei, mihi...
— A gdzież piąty przypadek, vocativus?
Ego nie ma vocativu!
— Pan tyle się zajmujesz swem ego, że mogłeś się wystarać o vocativus, byś mógł do tego ego przemówić patetycznie. Ale mówiąc szczerze, czy to pana dziwi, iż przykładam tyle do tego wagi, wobec mego zamiłowania do języków, które mnie pchnęło nawet do Italji?
— 0 nie, wcale to nie dziwne u pani. ja jednak przywiązuję do czegoś innego wagę. Zresztą żałuję,