Strona:Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891).pdf/509

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chłopiec przeznaczony do beczki z wodą obchodził się z nim po swojemu, jak umiał, a ślady tej umiejętności nosił Amorek na zadzie i biodrach. Cała jego skóra skrzyżowaną była we wszystkich kierunkach w grube basamany, na których niekiedy skrzepła krew zasechała i służyła za przynętę dla much, komarów i bąków, żerujących na jego ciele stadami.
Mimo to wszystko, Amorek woził w odę, wysilał się i brał cięgów tyle, ile tylko chłopiec mógł wykiwać ręką. Studnia była w dole, a osioł coraz mniej sił posiadał, ażeby ciężką beczkę wyciągnąć pod górę.
Najwięcej dostawało mu się w południe. Na folwarku musiała być świeża woda; ze wszystkich stron krzyczano: prędzej! prędzej!... a on stanie pod górą i ani rusz! W parnem, południowem powietrzu co chwila słychać świst bata, a każde uderzenie nową bruzdę na skórze jego rzeźbi. Amorek brykał z początku, potem kiwnął na wszystko ogonem i przestał.
Doświadczył, że wtedy jeszcze więcej biją. Stał więc potulny, tylko mu się uszy za każdem uderzeniem trzęsły, ogonem młynkował i błagalne spojrzenie zwracał na dręczyciela. Oczy głęboko zapadłe wychylały mu się z orbit, błyszczały niby łzami zalane i zdawały się mówić:
— Nie mogę... nie mogę...
Południe już, już dobiegało na niebie...
— A żebyś zdechł, niedołęgo! — wołał chłopiec zmęczony biciem. Odpoczął nieco i znowu smagał.
Amorek naprężył się, próbował tą lub ową zasztywniałą nogą poruszyć, a pod palącemi promieniami słońca wraz z potem ostatki sił z niego wyciekały. Natężył się wreszcie, ruszył beczkę, ale w tej chwili pękł sznurek, którym szla przywiązaną była do dyszelka, beczka przechyliła się i pociągnęła go do góry. Zrazu zdało mu się, że go ktoś dusi, brakło mu oddechu, nogami sterczącemi w powietrzu balansował chwilę, potem upadł na bok, a staczająca się w dół beczka pociągnęła go za sobą aż do studni. Uderzywszy się o cembrzynę, zatrzymała się wreszcie.
Amorek pokaleczony, przestraszony, z sił wybity, rozgrzany słońcem, niby piec jaki, leżał nieruchomy. Przybiegł chłopak. Przybiegł na jego nieszczęście. Zamiast uwolnić Amorka z uprzęży, począł go okładać kijem... aż się zmęczył nareszcie. Wtedy dopiero sznurek od dyszla przeciął. Ale i tu nie obeszło się bez kija. Amorek znękany i osłabiony nie mógł się ruszyć, więc mu chłopak kijem pomagał, aż dopomógł.
Wyprzężony stał długo i dumał nad własnym losem. Pragnienie go paliło, poszedł więc do żłobu z wodą i napił się. To go orzeźwiło, więc na miedzę zboczył i pasł się. Widział tylko zdaleka, że do beczki przyprowadzono konia.
Minął dzień, drugi, trzeci, nikt się o Amorka nie troszczył. Dnie i noce w polu spędzał, chwasty skubiąc na miedzy. Pewnego rana ledwie świt różowy błysnął na niebie, osioł przechadzał się szeroką smugą, okalającą ogród, i oskubywał zroszone bujną rosą liście dziewanny, dzikiej marchwi, krwawniku, a od czasu do czasu udało mu się napotkać gęsty pęk perzu, którym, niby przysmakiem zakąsił. Zabliźniały mu się rany od batogów, wracały siły, a świeże powietrze poranku wydawało mu się jakimś gojącym balsamem, który w płuca wciągał. Czuł, że mu jest dobrze, spokojnie, błogo na tej smudze zielonej. Sięgał pamięcią w przeszłość... dawno już takiej chwili szczęśliwej nie było!
— Doczekałem wreszcie nagrody — myślał. — O, człowiek jest sprawiedliwy!...
Marzenie Amorka przerwało wołanie: