Strona:Ulicą i drogą.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ULICA WIECZOREM


 
Jak gdyby w ulu nagromadzone plastry
Złocistych pełne miodów,
W kamienicach się złocą szyb prostokątne rzędy.
Wkoło nich nakształt owadów hałastry,
Roje dorożek i samochodów
Brzęczą i kręcą się tędy i owędy.
 
Ponad cukiernią świetlne reklamy
Jarzą się barwnie, migocą,
Jak gdyby kwiatów różnobarwne grzędy,
Siejące zapachów balsamy.
Upojność dziwna płynie nad półjasną nocą,
Pragnienia dziwne budząc i popędy.
 
Czemuż wśród tego gwaru, jak niepotrzebne trutnie
Jesienią wygnane z pszczół roju,
Włóczą się ludzie cisi, nieznani, wzgardzeni?
Czemu na bliźnich swoich spoglądają tak smutnie,
Jakby od nich żebrali — ciszy i spokoju
I kilku wiosennych promieni?

1926