Strona:Tytus Czyżewski - Lajkonik w chmurach.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jak myśli plugawe się tai
gdy dusza nie — a ciało w potrzebie
gdy życie idzie w rozstaje

MĄDRY: (do świętego)

jak wielkie góry są chleby
brązowe u wierzchołka
ten tylko chleba dostanie
kto pracę ma dla potrzeby.

ŚWIĘTY
(zrzuca z siebie habit staje nago)

ta ręka szukała gwałtu
ta noga kopała piersi
ten palec wytykał śmieszność
ten nos dmuchał pochlebstwem
to oko syczało wzgardą
te usta kłamały miłość
to łono gniotło rozpustę
te uda drżały jak dzwon
na wielki karnawał chuci
pośladki były jak gachy
w wielkim zamtuzie życia
to ciało parskało pianą
jak świnia błotem kałuży

(rzuca się na ziemię)

bijcie mnie, bijcie
ja chcę wiedzieć kto jestem...

(tłum otacza świętego i gapi się)
JEDEN Z TŁUMU

wyłaźże z tego niegdyś pana
jak z morza brudu i piany
te plecy które leżały
na pierzynie i na śpiewnem łożu
to morze ciała które falowało
w zatoce wielkiego wieprza

(kopie go w piersi i plecy)

Święty wstaje wdziewa na się suknie
i kroczy zamyślony nad morzem
Tłum idzie za nim.