Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 02.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Tak, stryjciu z uśmiechem odpowiedziała Marysia — Leszek wyleczył się i wrócił. Widzisz, że niesprawiedliwie go potępiałeś. On mnie bardzo kocha, prawie tak mocno, jak ja jego...
— Przeciwnie — przerwał wesoło Leszek — ja znacznie mocniej!
— To niemożliwe. I wkrótce się pobierzemy. Przyjechaliśmy tu razem z mamą Leszka. I mama kupiła mi te wszystkie wspaniałości. Jakże ci się podobam, stryjciu?...
Dopiero teraz spostrzegła dziwne przygnębienie swego starego przyjaciela:
— Nie cieszysz się, stryjciu, moim szczęściem? — zapytała i nagle zrozumiała: — Ależ to bardzo niedelikatnie z naszej strony, gdy ty tutaj musisz przebywać. Nie gniewaj się za to!
Znachor wzruszył ramionami..
— A któż się gniewa... Ot... nie spodziewałem się... Daj wam Boże, jak najlepiej...
— Dziękujemy, serdecznie dziękujemy — podchwycił Leszek. — Ale proszę nie smucić się swoim losem. Powierzyliśmy pańską sprawę najlepszemu tutejszemu adwokatowi, mecenasowi Korczyńskiemu. Korczyński twierdzi, że potrafi pana uwolnić. A jemu można wierzyć.
Kosiba machnął ręką:
— A, szkoda zachodu!...
— Co stryjcio mówi! — oburzyła się Marysia.
— Niczego nie szkoda — zapewniał Leszek. — Pan jest naszym największym dobroczyńcą. Przez całe życie nie zdołamy wywdzięczyć się panu. I niech pan wierzy, że na głowię stanę, a odzyska pan wolność, panie Kosiba.
Na twarzy znachora zjawił się smutny uśmiech.
— Wolność?... A... co mi po wolności?...
Młodzi zdumieni spojrzeli na siebie i Leszek potrząsnął głową:
— To chwilowe przygnębienie. Niechże pan tak nie myśli...
— Dlaczego stryjcio tak mówi?
— Pewno, gołąbeczko — westchnął Antoni — i mówić nie trzeba. Nie ma o czym mówić. Daj ci, Boże, radość i spokój gołąbeczko... No, na mnie czas, żegnajcie... A mną, starym, nie zawracajcie sobie głowy...
Skłonił się ciężko i zawrócił do drzwi.
— Panie Kosiba! — zawołał Leszek.
Lecz on przyśpieszył kroku i już był na korytarzu. Szedł coraz prędzej aż dozorca nie mógł za nim nadążyć i zirytował się:
— Co tak lecisz! Wolniej tam! Nogi mam przez ciebie pogubić?
Znachor zwolnił i szedł z opuszczoną głową.