Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 02.djvu/80

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Dzięki Ci, Boże, dzięki Ci, Boże!... — powtarzał.
Zawsze uważał się za wierzącego, uważał się tym pewniej, że nie trapiły go nigdy żadne wątpliwości natury zasadniczej. Od dziecka wychowany religijnie, nie odznaczał się nigdy szczególniejszą gorliwością, lecz i nie zaniedbywał praktyk nakazanych przez Kościół. Dlatego też ta modlitwa pod krzyżem, na rozdrożu dla niego samego była rewelacją. Nie wiedział dotychczas, co to jest modlitwa i jak głębokich doznań może być źródłem.
Gdy wsiadł ponownie do sanek, czuł, że się w nim uciszyło, wypogodziło, pojaśniało. Złagodniały też myśli o postępku matki, przyszły refleksje. A jednocześnie, jakby wzmogła się świadomość szczęścia, które go czeka.
Przez Radoliszki przejechali pędem i skręcili w gościniec ku młynowi Prokopa. Zapadł już wczesny zimowy zmierzch, gdy stanęli przed młynem.
Przed drzwiami stał robotnik, Witalis.
— Czy tu mieszka panna Wilczurówna? — zapytał go Leszek.
— Kto taki?
— Panna Wilczurówna.
— Nie wiem. Tu nie mieszka. Chyba, że to ta panna Marysia?
— Tak, tak! — wyskoczył z sanek. — Gdzież jest panna Marysia?
— A poszła do miasteczka. Jadąc od Radoliszek, musiał pan ją spotkać.
— Nie spotkałem. A czy prędko wróci?
— Pewno prędko.
— To ja zaczekam.
Z drzwi wvchylila się głowa Zoni.
— Jak pan łaskaw zaczekać, to może najwygodniej będzie w pokojach. Albo może w przybudówce, u Marysi... Proszę pan pozwoli tutaj.
Obtarła ręce fartuchem i wprowadziła Leszka do izby w przybudówce. Znalazła na przypiecku zapałki i zapaliła lampę. Rozejrzał się po izbie. Było tu ubogo, lecz schludnie.
— Marysia na pewno niedługo przyjdzie. Do miasteczka poszła — zagaiła rozmowę Zonia. — A pan inżynier, to widzę, wyzdrowiał całkiem, dzięki Bogu.
— Wyzdrowiałem.
— To szczęście prawdziwe. Jak pana inżyniera i Marysię tu przywieźli, to aż strach było spojrzeć. Krwi tyle, że niech Bóg uchowaj! Już i modlitwy za konających odmawialiśmy. I żeby nie Antoni!... Szkoda gadać!... — machnęła wymownie rękami.
— Jaki Antoni? — zastanowił się Leszek.
— Antoni Kosiba, znachor, co tu mieszka.