Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 02.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Zasnął dopiero nad ranem i obudził się późno. Służący przyniósł śniadanie i oznajmił:
— Pan starszy jest w fabryce i kazał zapytać, czy panicz nie zechce tam wstąpić?
— Nie — potrząsnął głową. — Ale proszę zawołać ogrodnika.
— Słucham, paniczu!
— Czy w oranżerii jest dużo kwiatów?
— Jak zwykle na święta. Szczególniej róże w tym roku udały się.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor page076.jpg

Po śniadaniu zjawił się ogrodnik i przeszli razem do oranżerii. Leszek wskazywał nieco zdziwionemu człowiekowi coraz nowe kwiaty i na zakończenie powiedział:
— To wszystko proszę ściąć.
— Ściąć?...
— Tak. I opakować.
— A dokąd to pójdzie, proszę pana?
— Ja sam zabiorę.
— To pan inżynier wyjeżdża?
Leszek nic nie odpowiedział i skierował się do wyjścia.
— Proszę pana — zatrzymał go ogrodnik. — Ale pan kazał ściąć prawie wszystkie kwiaty. To nie moja sprawa. Tylko, że ja nie wiem, czy pani...
— Dobrze. Proszę powiedzieć pani i zapytać, czy nie ma nic przeciw temu.
— Pani wyjechała samochodem na stację i wróci dopiero na obiad.