Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 02.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Owszem — powiedział, — pański syn jest właściwie zupełnie zdrów. Wykluczyłbym dlań na razie wszelkie forsowniejsze sporty, ale kości zrosły się bez zarzutu, mięśnie pod wpływem masażu zjędrniały dostatecznie, co zaś się tyczy usposobienia, myślę, że jest ono skutkiem nostalgii. Powrót do kraju, do rodziny ożywi go i rozrusza.
— I ja mam taką nadzieję — potrząsnął jego ręką pan Czyński.
A teraz, siedząc w wagonie naprzeciw syna, nie miał już z tej nadziei nic. Umyślnie po naradzie z żoną wyjechał sam do Arcachon, by zabrać Leszka na święta. Przerażeni byli jego listami. Przysłał im po długim bombardowaniu tylko dwa, i to krótkie, kostyczne, obojętne.
Równie obojętnie powitał ojca i zgodził się na powrót.
— Wszystko mi jedno — powiedział tylko.
Siedział milczący, ze zgasłym od dawna papierosem w ręku i zdawał się nie słyszeć opowiadań ojca o polityce, o poprawie koniunktury, o nowych zamówieniach. Zdawało się, że nic go nie obchodzi, nic nie może zainteresować, nic poruszyć. Czyżby nerwowy wstrząs, jakiego doznał przy tej nieszczęsnej katastrofie miał na zawsze już zmienić tego wesołego chłopca w apatycznego melancholika?...
Pan Czyński na próżno wysilał się, by czymkolwiek zająć uwagę syna. Leszek ograniczał się do krótkich odpowiedzi, bezmyślnie przyglądał się końcom własnych butów i był w nim jakiś zastygły, bezwładny spokój.
W nocy pan Czyński nie mógł zasnąć i zajrzał do przedziału syna. Miał jakieś złe przeczucia i niewiele omylił się: Leszek pomimo mroźnej nocy otworzył okno i w cienkiej jedwabnej pidżamie stał, wychylając głowę na zewnątrz. Poryw lodowego wiatru przy otwarciu drzwi wtargnął do przedziału.
— Co ty wyprawiasz, synu! — przeraził się pan Czyński — Dostaniesz zapalenia płuc!
— Możliwe, ojcze — odwrócił się Leszek.
— Proszę cię, zamknij okno.
— Gorąco mi.
— Chcę z tobą pomówić.
— Dobrze.
Zamknął okno i usiadł.
— Jesteś bardzo nieostrożny, Leszku — zaczął pan Czyński — Nie tylko nie dbasz o swoje zdrowie, lecz świadomie się narażasz.
Milczenie było jedyną odpowiedzią.
— Czemu nie położyłeś się?
— Nie jestem senny.
— Jednak powinieneś. Twój stan zdrowia wymaga jeszcze dużej dbałości.
— Po co? — Leszek spojrzał ojcu w oczy.