Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 02.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Dręczyła się więc myślą, co ma z sobą począć i coraz wyraźniej widziała, że jest bezradna. O wyjeździe bez grosza przy duszy i mowy być nie mogło. Pozostawała jedna tylko nadzieja, że pani Szkopkowa przyjmie ją z powrotem do siebie.
Na krótko przed świętami Bożego Narodzenia wybrała się Marysia wreszcie do miasteczka. Wyszła dość późno, by w Radoliszkach nie pokazać się przy jasnym dniu. Nie chciała ludziom leźć w oczy.
Toteż był już zmierzch, gdy stanęła przed domkiem pani Szkopkowej. W pokoju jeszcze nie zapalono światła i mały Józiu nie poznał Marysi:
— Mamy nie ma — powiedział — ale niech pani zaczeka, zaraz przyjdzie.
— Nie poznajesz mnie, Józiu? — wyciągnęła doń ręce.
— O... Marysia!
Rzucił się jej na szyję i zaczął paplać, opowiadając najważniejsze nowiny. Jedną z nich było to, że w sklepie pracuje teraz ciocia Zosia. Na stałe, czy też nie — nie umiał tego wyjaśnić.
Nadeszła właśnie pani Szkopkowa.
— O! Marysia! — powiedziała z nadrabianą serdecznością. — Jak się masz, drogie dziecko.
Marysia pocałowała ją w rękę.
— Dziękuję pani, już teraz dobrze, ale omal nie umarłam.
— Tak, tak... Trzeba zapalić lampę...
— Zaraz zapalę — ruszyła się Marysia, lecz pani Szkopkowa sama wzięła zapałki:
— Nie, daj spokój. U siebie w domu to już ja — powiedziała z wyraźną intencją. — A to wiem, żeś była umierająca. Cóż, własna twoja wina. Ja swój obowiązek spełniłam. Przestrzegałam, że nic z tego dobrego nie wyjdzie. Nie słuchałaś starej Szkopkowej. Tak... tak... Przyszłaś pewno po rzeczy?
— Po rzeczy — potwierdziła Marysia i odwróciła głowę, by ukryć łzy.
— Możesz je zabrać. Nie podźwigasz się. Dawno już je spakowałam i miałam zamiar odesłać ci je do młyna. Tylko okazji nie było.
Zapanowało milczenie.
— Jakże ci tam? — zapytała Szkopkowa, krzątając się przy komodzie.
— Tak sobie.
— No, to pewnie i nie szkodujesz, żeś tam u nich.
— Wolałabym, by było jak dawniej — bąknęła Marysia.
— I ja bym wolała — z naciskiem przytaknęła Szkopkowa. — Cóż począć, kiedyś wybrała inaczej. Wolałaś śmierć na siebie ściągnąć i hańbę, a mnie wstyd... Matka tam twoja w grobie się pewno przewróciła... Byłam na cmentarzu w Zaduszki, byłam, lampkę na mogiłce postawiłam i wianek z nieśmiertelników zaniosłam, by ją biedną pocieszyć. Cóż, mówię,