Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 02.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Leszka, demonstracyjnie usiadła za ladą, dając do zrozumienia, że nie ruszy się stąd prędko. Gdy młody człowiek odjechał, zaczęła gniewnie:

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor page014.jpg

— Opamiętania żadnego nie masz! Rozum się w tobie, dziewczyno pomieszał! Takiej pociechy od ciebie się doczekałam za moją opiekę i za chleb!
— Boże drogi! — błagalnie spojrzała na nią Marysia. — A cóż ja pani złego zrobiłam?
— Co złego? — wybuchła pani Szkopkowa. — A to złego, że mnie całe miasteczko palcami zacznie wytykać, że pozwalam na takie rzeczy! Co złego?... A to, że w moim interesie takie sprawy się odbywają!...
— Ależ, jakie sprawy?
— Zgorszenie publiczne! Tak, zgorszenie! Hańbal Na to cię hodowałam? Na to o ciebie dbałam, żeby teraz przez ciebie na mnie psy wieszali!?... Czego ten paniczyk, ten donżuan, ten fircyk tu chce?...
Marysia milczała. Pani Szkopkowa zrobiła pauzę i odpowiedziała na własne pytanie:
— Ja ci powiem, czego on chce! Ja ci powiem! Na twoją cnotę on czatuje! Ot, co! Swoją kochanicę chce z ciebie zrobić! A ty, głupia, jaszcze do niego oczy przewracasz i podwabiasz tego ancymonka na własną zgubę, na własne pohańbienie! A wiesz co cię czeka, jeżeli ulegniesz pokusie?... Nędzne życie