Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 02.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dowód, że nic, co ją blisko obchodzi, nie przestanie nigdy być bliskie i dla niego.
W kwadrans później we trójkę siedzieli w saniach. Konie ruszyły dobrym kłusem i już po chwili znaleźli się na zakręcie, skąd jak na dłoni widać było kapliczkę i całe wzgórze, na którym znajdował się tak zwany Nowy Cmentarz. Z nowości właściwie pozostała mu tylko nazwa, o czym świadczyły rozsypujące się płoty, pochylone krzyże i świecące w wielu miejscach czerwoną cegłą ścfany kapliczki świętego Stanisława Kostki.
Stary cmentarz, położony za kościołem niemal w środku miasteczka, od trzydziestu z górą lat był już tak przepełniony, że nie pozostało na nim ani metra wolnego od mogił. Tu natomiast, na kiedyś łysym, a obecnie gęsto drzewami porośniętym pagórku chowano zmarłych radoliskich i okolicznych wzdłuż alejek. Między alejkami duże kawałki były jeszcze wolne i od mogił i od drzew. Snać i drzewa w sypkim piasku nie chciały rosnąć.
Droga szła obok cmentarza i sanie zatrzymały się przy bramie. Stąd już trzeba brnąć nietkniętym białym śniegiem, który miejscami sięgał do kolan. Nawiało go tu bez miary. Za to, gdy tylko minęli wierzchołek wzgórza, mogli już iść bez trudu.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor page128.jpg

Marysia zatrzymała się przy mogile swojej matki, uklękła i modliła się. Leszek poszedł za jej przykładem. Znachor zdjął czapkę i stał za nimi w milczeniu.
Była to zwykła wiejska mogiłka z niewielkim czarnym krzyżykiem, zawieszonym zeschniętymi wianuszkami. Właśnie