Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 02.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Dobraniecki wszakże nie był usposobiony do zajmowania się tą stroną sprawy:
— Uprzytomniłem to sobie dopiero później — powiedział wymijająco. — A teraz... Czy może mi mecenas podać adres tych państwa Czyńskich?...
— Z przyjemnością. Zamierza pan tam pojechać?
— Oczywiście.
— I ma pan nadzieją wyleczyć Kosibę, czy raczej Wilczura z tej choroby?
— Tu nie potrzeba żadnego leczenia. Po prostu wystarczy przypomnienie mu, kim jest. Jeżeli to nie pomoże... to nie ma żadnej rady.
— Zastanawiające! Jednak coś nie coś musiał on pamiętać, skoro na przykład nie zapomniał swojej wiedzy lekarskiej?
— Tak. Dlatego też mam najlepsze nadzieje — powiedział wstając Dobraniecki.


ROZDZIAŁ XXI

Pociąg sapiąc zatrzymał się na małej stacyjce. Był jasny słoneczny ranek. Dachy budynków pokrywała gruba warstwa śniegu, gałęzie drzew uginały się pod obfitą okiścią. Szeroki widok roztaczający się z peronu zdawał się w swojej bieli i jasności czymś odświętnym, zdawał się zalotnie uśmiechać i wabić swoją puszystą przytulną ęterą.
Profesor Dobraniecki stał i wpatrywał się w tę białą przestrzeń. Tak dawno nie był na wsi. Krajobraz wydał mu się w pierwszej chwili czymś sztucznym, jakąś dekoracją przesadnie realistyczną, pretensjonalną i piękną aż do nieprawdopodobieństwa. Upłynęło kilka minut, zanim w swej pamięci odnalazł dawne odczucia, dawne kontakty z tym na nowo odkrytym światem, dawne związki... Urodził się przecie na wsi, na wsi spędził dzieciństwo i pierwsze lata młodości.
— Też amnezja — myślał. — Człowiek, żyjący życiem miejskim, zapomina o tym świecie. Wpada w chorobliwy rytm kariery, pracy, wyścigu... I po prostu przestaje wiedzieć o istnieniu tej pogody, tej ciszy... tej innej ziemi, gdzie prawda tak bezpośrednio przemawia do człowieka nie przez głośnik radia, nie czarnymi, czcionkami druku... Zapomina się o tym...
Usłyszał za sobą lekko skrzypiące kroki i głos:
— A pan pewno do Radoliszek?
— Nie, do Ludwikowa. Czy można tu dostać jakąś furmankę?
— Dlaczego nie. Można. Jeżeli pan każe, skoczę tu do Pawlaka, on migiem zaprzęgnie.
— Proszę pana bardzo.