Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 02.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


znękane duszo pobożnych, które tu właśnie spokoju tego szukały.
Marysia wychodziła i kościoła. Jakby odurzona tą nieziemską pogodą, uciszona i pogodzona z losem. Nie śmiała przenikać myślą owych wielkich prawd, które objawiały się kiedyś świętym Pańskim w godzinach kontemplacji i zatopienia się w Bogu. Nie potrafiłaby nawet. Jednak jakże wyraźnie odczuwała ten powiew wiekuistości, co ją małą, biedną dziewczynę, przez wszystkich zapomnianą i nikomu niepotrzebną, napawał ufnością i przeświadczeniem, że gdzieś daleko, w niezmierzonych przestworzach ma wielkiego, wszechmocnego Opiekuna i Sprzymierzeńca, którego dobre oczy patrzę na nią niewidzialne, lecz wszystko widzące.
Wychodziła codziennie pod dziwnym wrażeniem, że oto stanie się coś niebawem, że wszystko się odmieni, że jakieś szczęście niespodziewanie spłynie na nią. A przeświadczenie to było tak silne, że owego ranka, gdy wracając z kościoła, zobaczyła pana Leszka przed sklepem, nawet nie zdziwiła się. Tylko, że nie umiała zapanować nad radością.
— Przyjechał pan — powtarzała drżącym głosem — przyjechał...
O ile zdolna była do zaobserwowania czegoś w tym stanie podniecenia, wydał się jej jakiś poważny i skupiony. Zawstydziła się, gdy przy witaniu się pocałował ją w rękę, na ulicy, na ludzkim widoku.
Ledwie znaleźli się wewnątrz, wziął ją za ręce i patrząc w oczy, powiedział:
— Nigdy nikogo tak nie kochałem, jak ciebie. Nie mogę bez ciebie żyć. Czy zgodzisz się zostać moją żoną?
Pod Marysią ugięły się kolana, a w głowie zawirowało:
— Co pan... co pan... mówi... — wyjąkała.
— Proszę cię, Marysiu, byś zechciała zostać moją żoną.
— Ależ... to niepodobieństwo! — prawie krzyknęła.
— Dlaczego niepodobieństwo?
— Niech się pan zastanowi! — wyrwała ręce z jego uścisku. — Przecie pan nie mówi tego poważnie!
Zmarszczył brwi:
— Czy mi nie wierzysz?
— Nie, nie! Wierzę, ale czy pan pomyślał... Boże! Co by to było! Pańscy rodzice... Ci tutaj, w miasteczku... Zatruliby panu życie, zakrakaliby... Znienawidziliby mnie...
Czyński skinął głową:
— Owszem: Przewidziałem to wszystko. Wiem, że czeka nas wiele, może bardzo wiele przykrości, szykan, ąfrontów. Ale mając do wyboru, albo to albo wyrzeczenie się ciebie, gotów jestem na wszystko. Z bardzo prostego powodu: kocham cię. A jeżeli ty tego nie rozumiesz, to widocznie łudziłem się co do twoich uczuć, i ty mnie wcale nie kochasz.