Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Gdy saneczki ciągnione przez białego, pękatego konika stanęły przed młynem, Antoni akurat worek z otrębami niósł do świrna.
— Ratuj, bracie — odezwał się doń jeden ze starowierów. — Sąsiada nam drzewo przygniotło. Czworo dzieci małych sierotami okrągłymi zostanie, bo matkę w zeszłym roku pochowalim.
Wyszedł i Prokop, a ci do niego, by wstawił się za nimi:
— Twego syna wyleczył, niechże i Fiodorczuka ratuje.
— Nie moja sprawa, dobrzy ludzie — odpowiedział Prokop poważnie — ani mu zabronić nie mogę, ani kazać. To jego rzecz.
Tymczasem Antoni otrzepał ręce z mąki i przyklęknął na śniegu przy saniach.
— Weźcie go ostrożnie — powiedział po chwili — i nieście za mną.
Po wyzdrowieniu Wasila, Antoni już na stałe pozostał w przybudówce. Tam było mu wygodniej, a i tak pusta stała. Tam też zaniesiono Fiodorczuka.
Do wieczora Antoni zajmował się nim, a wieczorem poszedł do izby, gdzie czekali chłopi Nieskupscy.
— Dzięki Bogu — powiedział — wasz sąsiad mocny mężczyzna i grzbiet został cały. Tylko sześć żeber mu złamało i obojczyk. Zawieźcie go do domu i niech leży, póki krwią pluć nie przestanie. Jak tylko mu na kaszel się zbierze, niech lód łyka. Gorącego mu nic nie dawajcie. Tak samo ręką lewą niech nie rusza. Zgoi się. Za dni dziesięć niech po mnie kto przyjedzie, to sam zobaczę.
— A nie umrze?
— Ja nie prorok — wzruszył ramionami Antoni — ale myślę, że jeżeli zrobicie wszystko, jak mówię, to wyżyje.
Zabrali Fiodorczuka i odjechali. Nie minęło jednak dni dziesięć, a z tejże Nieskupej przywieźli nowego pacjenta. Parobek jednego z gospodarzy przy rąbaniu lodu na rzece, poślizgnął się przy zamachu i rozwalił sobie siekierą stopę niemal do kostki. Czy siekiera była zardzewiała, czy z łapcia jakieś paskudztwo do rany weszło, dość, iż noga w oczach czerniała. Sam ranny zdawał sobie sprawę z tego, że to gangrena.
Antoni tylko pokręcił głową i mruknął:
— Ja tu już nie pomogę. Noga przepadła.
— Ratuj choć życie! — błagał biedak.
— Trzeba nogę obciąć tu, w tym miejscu — wskazał Antoni nad kolanem. — Kaleką na całe życie zostaniesz i jeszcze mnie będziesz przeklinać. Jeszcze powiesz, że był sposób.
— Przysięgam, bracie, ratuj życie. Toż sam widzę czarne plamy. Gangrena.
— Jak chcesz — zgodził się po namyśle Antoni.