Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Profesor Wilczur operował wrzód na sercu. Trzymał je oto w lewej dłoni i rytmicznym ruchem palców masował nieustannie, gdyż wciąż słabło. Przez cienką gumową rękawiczkę czuł każde drgnięcie, każdy lekki bulgot, gdy zastawki odmawiały posłuszeństwa, i drętwiejącymi palcami zmuszał je do pracy. Operacja trwała już czterdzieści sześć minut... Czuwający nad pulsem dr Marczewski już po raz szósty zanurzał pod skórą pacjenta igłę szprycki z kamforą i atropiną.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01 page008.jpg

Prawa ręka profesora Wilczura raz po raz połyskiwała krótkimi ruchami lancetów i łyżek. Na szczęście wrzód nie sięgał głęboko w mięsień sercowy i ukształtował się płytkim prawidłowym stożkiem. Życie tego człowieka było do uratowania. Oby wytrzymał jeszcze osiem, dziewięć minut.
— A jednak nikt z nich nie odważył sięǃ — chełpliwie pomyślał profesor.
Tak, nikt, żaden chirurg ani w Londynie, ani w Paryżu, w Berlinie, czy w Wiedniu. Przywieźli go do Warszawy, wyrzekając się i sławy i olbrzymiego wynagrodzenia. A to wynagrodzenie to dobudowanie nowego pawilonu lecznicy i coś ważniejszego, bo podróż Beaty z małą na Wyspy Kanaryjskie. Na całą zimę. Ciężko będzie bez nich, ale zrobi to im doskonale. Nerwy Beaty w ostatnich czasach...
Sinawo-różowawa poduszka płuca wzdęła się spazmatycznym oddechem i skurczyła się nagle. Raz, drugi, trzeci. Kawałek żywego mięsa w lewej dłoni profesora zadygotał. Z małej ranki na fioletową błonę spłynęło kilka kropel krwi. W oczach wszystkich obecnych zamigotało przerażenie. Rozległ się cichy syk tlenu, a igła z zastrzykiem wnikła znowu pod