Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nie zajmował się leczeniem, ani tym bardziej zestawianiem złamanych nóg. Wśród wielu zawodów, do których się zaprawił w ciągu swojej wieloletniej wędrówki, — wiedział to z zupełną pewnością, — nigdy nikogo nie leczył. Sam teraz dziwił się sobie, skąd z taką pewnością, z takim przekonaniem mógł twierdzić, że kalectwo Wasila było do usunięcia. Dziwił się, lecz to w najmniejszym stopniu nie zmieniało jego przeświadczenia, ani nie osłabiło postanowienia.
Antoni Kosiba nie lubił kłamstwa. Jednak tym razem nie chciał się go wyrzec, skoro mogło doprowadzić do celu.
— Czy robiłem to? — wzruszył ramionami. — Wiele razy robiłem. I tobie zrobię i wyzdrowiejesz! Jesteś nie głupi i zgodzisz się.
Drzwi uchyliły się i mała Natalka zawołała:
— Antoni, chodź wieczerzać! A tobie jak, Wasilka, do łóżka przynieść?
— Nie będę jeść — niecierpliwie odburknął Wasil, zły, że mu przerywają tak ważną rozmowę. — Wynoś się, Natalka!
Zaczął ponownie wypytywać Antoniego i puścił go dopiero wtedy, gdy w sieni zaskrzeczał przynaglający głos matki.
W dwa dni potem stary Prokop zawołał do siebie przed młyn Antoniego. Siedział i pykał dymem ze swojej fajki.
— Coś ty nagadał, Antoni, mojemu Wasilce — odezwał się z namysłem. — Niby względem tego leczenia?
— Prawdę powiedziałem.
— Co za prawdę?
— A że ja go mogę z tego kalectwa wyprowadzić.
— Jakże ty możesz?
— Trzeba rozciąć, kości na nowo rozłamać i z powrotem złożyć. One są źle złożone.
Stary splunął, pogłaskał swoją siwą brodę i machnął ręką:
— Przestań. Sam doktór powiedział, że tu nic nie pomoże, a ty, głupi, nie uczony, chcesz?... Prawda, że w różnych majsterskich rzeczach rozumiesz się. Nie zaprzeczę. Bo i grzech byłby... ale z ciałem ludzkim, to ono nie tak proste. Trzeba wiedzieć, gdzie jaka kosteczka, gdzie jaka żyłeczka, która do której pasuje, która jakie ma znaczenie. Toż sam nieraz prosiaka albo cielaka na ten przykład rozbierałem. Ile tam różnych takich, co i nie połapisz się. A w gruncie rzeczy co?... Bydlę. A u człowieka przecie wszystko delikatne. Znać się na tym trzeba. To tobie nie sieczkarnia, co ją rozśrubujesz, wszystkie śrubki i tam inne takie na ziemi rozłożysz, a później nazad poskładasz, posmarujesz i lepiej rżnie jak przedtem. Umiejętność trzeba mieć, te to szkoły, te to nauki.
— Jak chcesz — poruszył ramieniem Antoni. — Czy ja napieram się, czy co? Mówię, że potrafię, bo już nieraz ludzi z takiej biedy wyciągnąłem, to i potrafię. Czy zdarzyło się tobie ze mną, żebym co na wiatr gadał?