Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Jakże ja mogę ciebie wziąć, do domu obcego człowieka puścić?
— Ja i nie napraszam się.
— To i mądrze robisz. Nie znam ciebie, ani nikt ciebie tu nie zna. Sam rozumiesz. Może ty i dobry człowiek, bez żadnych złych zamiarów, ale może i zły. Nawet twego nazwiska nie wiem, skąd ty rodem.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01 page059.jpg

— Nazwisko moje Antoni Kosiba, a rodem ja z Kalisza.
— Ktoby go wiedział, gdzie tam ten Kalisz.
— Pewno, że daleko.
— Świat jest wielki, — westchnął Prokop — a ludzie na nim rozmaici.
Zapanowało milczenie, lecz młynarz po chwili zapytał:
— A cóż ty chodzisz, że miejsca nigdzie nie zagrzejesz? To domu nie masz?
— Nie mam.
— I baby swojej nie masz?
— Nie.
— A dlaczego?
— Nie wiem... Od baby nic dobrego na świecie.