Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie spał zapewne długo, gdyż obudzony bezceremonialnymi szturchańcami, z trudnością otworzył oczy i zatoczył się. Alkohol nie zdążył wyparować. Na stole znowu stała wódka, a oprócz nocnego towarzysza było jeszcze trzech nieznajomych. Profesor Wilczur z trudem uświadomił sobie, gdzie się znajduje i nagłym ostrym bólem odezwało się w nim wspomnienie Beaty. Zerwał się i przewracając po drodze krzesła skierował się do drzwi.
— Hej, panie szanowny! — krzyknął za nim gospodarz.
— Co?
— A płacić to nie łaska?... Rachunek czterdzieści sześć złotych.
Wilczur machinalnie wydobył z kieszeni portfel i podał mu banknot.
— Ale forsy! Fiu, fiu — zagwizdał cicho jeden z kompanów.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01 page030.jpg

— Stul mordę — warknął drugi.
— Drożdżyk! — zawołał trzeci. — Co strugasz frajera! Oddaj gościowi resztę! Widzisz go!
Gospodarz spojrzał nań nienawistnie, odliczył pieniądze i podał Wilczurowi.
— A ty, łobuzie — mruknął — pilnuj swego.
Wilczur nie zwrócił na to najmniejszej uwagi i wyszedł na ulicę. Padał gęsty mokry śnieg, lecz jezdnia i chodniki pozostały czarne, gdyż natychmiast tajał. Środkiem jezdni ciągnęły wozy naładowane węglem.
— Porzuciła mnie... porzuciła... — powtarzał Wilczur. Szedł przed siebie, zataczając się. — Jak drzewo wyrwane z korzeniami...