Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cioprocentowym rozczynem alkoholu, przy łaskawym współudziale pewnej dozy wieprzowej padliny, zwanej kiełbasą.
Obdartus chwiał się lekko na nogach, a z jego twarzy porośniętej niegoloną od wielu dni szczeciną zalatywał odór wódki.
Profesor sięgnął do kieszeni i podał mu kilka monet:
— Proszę.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01 page025.jpg

— Dwa razy daje, kto szybko daje — sentencjonalnie orzekł pijak. Pozwól jednak, hojny ofiarodawco, że w zamian i ja ofiaruję ci coś cennego. Myślę o swoim towarzystwie. Tak. Słuch cię nie myli, dobry człowieku. Możesz dostąpić tego zaszczytu. Ja stawiam! Zmokłeś, jaśnie panie, i przemarzłeś na zimnie, pójdź do mej chatki i rozgrzej się przy mnie. Wprawdzie nie mam chatki, ale za to posiadam wiedzę. Cóż znaczy jakikolwiek budynek w porównaniu z wiedzą?... A ja się nią chętnie z panem podzielę. Wiedza moja jest rozległa. Wiem, przede wszystkim, gdzie się mieści jedyna knajpa, do której o tej porze człowiek dostać się może bez wyłamywania zam-