Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ale miał też wolę ze stali i wiarę potężną i pragnienie palące jak ogień, by przyrzeczenia Beacie dotrzymać. Zaczął walkę. O stanowiska, o praktykę, o bogatych pacjentów. Duża wiedza, wrodzony talent, niezłomny charakter i praca, zawzięta, wściekła praca zrobiły swoje. A przy tym i szczęście sprzyjało. Rosła sława, rosły dochody. W trzydziestym siódmym roku życia został z docenta profesorem uniwersytetu, a w kilka tygodni później jeszcze większe szczęście go spotkało: Beata urodziła córeczkę.
Właśnie na cześć owej świetnej prababki Gontyńskiej dano jej imiona: Maria Jolanta i tak samo w zdrobnieniu nazywano ją Mariolą.
Wspomnienie córki nowym bólem ścisnęło serce profesora Wilczura. Nieraz zastanawiał się nad tym, którą z nich bardziej kocha... Gdy zaczęła mówić, jednym z pierwszych słów było:
— Tapusiu...

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01 page023.jpg

Tak już i zostało. Zawsze nazywała go tapusiem. Gdy w drugim roku zapadła na ciężką szkarlatynę, a w końcu wyzdrowiała, ślubował sobie, że odtąd wszystkie biedne dzieci będzie leczył darmo. W jego drogiej lecznicy, gdzie zawsze miejsc brakło, kilka pokoi zajmowały dzieci, bezpłatni pacjenci. Wszystko to przecież było dla niej, na intencję jej zdrowia.
A teraz mu ją odebrano.
To już nie było nieludzkie, to było mordercze...
— Musisz mi ją oddać! Musisz! — mówił głośno, zaciskając pięści.
Przechodnie oglądali się za nim, lecz nie spostrzegał tego.
— Za mną jest prawo! Porzuciłaś mnie, ale zmuszę cię,