Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Właśnie, że niezwyczajnie! Przysięgam ci, Marysieńko, że jesteś pod każdym, absolutnie pod każdym względem nadzwyczajna. A jeżeli chodzi o śmiech... każdy śmieje się inaczej.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01 page129.jpg
... weszła pani Szkopkowa

Tu zaczął robić próbki śmiechu różnych osób. Robił to tak komicznie, takie miny przy tym wyprawiał, że umarłego by rozruszał. Najlepiej i najdłużej naśladował grubą gosposię, panią Michalewską.
Nie wiedział, że w tej właśnie chwili pani Michalewska bliższa była płaczu niż śmiechu i to z jego powodu.
Już gdy windowała się do bryczki, stangret zauważył, że gospodyni dostała purpurowych wypieków tak, jakby przed chwilą odeszła od smażenia przy piecu. Przez całą drogę słyszał, jak mu coś za plecami wzdychała i pojękiwała.
— Coś musiało się stać — miarkował.
Jakoż i stało się. W miasteczku pani Michalewska dowiedziała się od różnych kumoszek tak strasznych rzeczy, że wprost nie chciała im wierzyć i nie uwierzyłaby, gdyby nie