Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Nie, bądź spokojna, panienko. Już mi przeszło.
— To chwała Bogu. Przelękłam się... A co do tej książki, to posłuchaj proszę, jaki to piękny język. Myślę, że można go nie znać, a i tak odczuć jego piękno, zwłaszcza w wierszu.
Odwróciła kilka kartek i zaczęła czytać. Gdyby chociaż na chwilę oderwała oczy od książki, zobaczyłaby odrazu, że coś niedobrego dzieje się z Antonim Kosibą. Lecz przecie czytała właściwie dla siebie. Rozkoszowała się płynnością i dźwięcznością strof, lekkością rymu i wzruszającą treścią uczuć poety, płaczącego nad rozpaczą dwóch serc, nieubłaganie rozdzielonych przez ślepy kaprys losu i płonących coraz słabszym ognikiem tęsknoty, która stała się ich jedyną racją i przyczyną istnienia.
Skończyła i podniosła głowę. Ujrzała wpatrzone w siebie nieprzytomne oczy znachora:
— Co panu jest? — zerwała się.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Znachor 01 page108.jpg

I wówczas usłyszała, jak powtórzył, najdokładniej powtórzył ostatnią strofkę. Nie mogła się mylić, chociaż mówił jakimś chrapliwym szeptem i bardzo cicho.
— Pan... pan... — zaczęła, lecz on, jakby usiłując coś sobie przypomnieć, powiedział: