Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Trzecia płeć.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Oto to — chrząknął pan Kostanecki — my z waszą matką poznaliśmy się właśnie na majówce.
— Dziś tego niema — ciągnęła pani Kostanecka — nastąpiło przeniesienie życia towarzyskiego z domów do lokali publicznych, gdzie stykają się nie rodziny z rodzinami, lecz luźni ludzie z różnych sfer. Stykają się dorywczo. Jeżeli zaś mogą bliżej siebie poznać, to albo pracując, albo studjując czy sportując razem. Dlatego udział kobiet w tych rzeczach stał się koniecznością.
— I chwała Bogu — dodała Buba.
— A, to już inna sprawa — bezdźwięcznie odpowiedziała jej matka.
— Widzi mama — triumfująco podkreślił Ryszard — jest źle, jak jest, więc trzeba to zmienić. I mniejsza o to, jak, ale my to zmienimy.
— Wy, to kto? — zapytała z udawanym szacunkiem Buba.
— My?... Młode pokolenie.
— Przepisami policyjnemi?
— Wszelkiemi środkami. A przedewszystkiem — zrobił pauzę dla efektu — nie będziemy się żenić z takiemi, które nie pilnują ogniska domowego.
— Boże, cóż za banał — pomyślała Anna.
— Narazie robią mężczyźni coś wręcz przeciwnego — zauważyła pani Kostanecka. — Właśnie żenią się z takiemi, które pracują poza domem i zarabiają. Moment ekonomiczny ma tu dużą wagę. A pozatem, synu, przypuszczam, że z czasem kobiety wrócą do domu...
— Przekonają się, że tam ich miejsce.
— Nie. Wrócą, gdy mężczyzna naprawdę będzie tego chciał. Dużo jest prawdy w starym truizmie: jesteśmy takie, jakiemi chcą nas mieć mężczyźni. I dzisiejsza kobieta nie powstała z niczego tylko właśnie z pragnień mężczyzny, świadomych, czy podświadomych