Strona:Tadeusz Dołęga-Mostowicz - Trzecia płeć.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


asystować przy porodzie, jak musieli codziennie pod komendą miss Trusby odbywać razem gimnastykę całkiem nago — ogarniało ją uczucie przerażenia. Wolnomyślność matki, jej działalność rewolucyjna — wszystko to było nawet piękne. Ale przeprowadzanie tego rodzaju eksperymentów na własnych dzieciach...
Tu przed oczyma Anny, jak żywa, stawała jej własna śliczna kruszynka.
Nie. Tego nie mogła zrozumieć. Ona, Anna, nie umiałaby z zimną aprobatą patrzeć na błędy swojej córki, nie umiałaby popchnąć swego syna, zaledwie młodzieniaszka, na barykady, gdzie bomba urwie mu stopy!
Miss Trusby, ta obrzydliwa skostniała w doktrynerstwie stara panna była winna wszystkiemu.
Nieraz w wyobraźni Anny stawały te dwie stare i surowe kobiety, gdy nocą wyprawiały nieszczęsnego Kazika z bombą na pokrwawioną ulicę, na pewną śmierć. Nie, dla największej, dla najszczytniejszej idei tego zrobić nie wolno! To jest przeciwne życiu.
Tu Annie przypomniał się rok 1920-ty. W krótkiej sukience stała na Krakowskiem Przedmieściu obok ciotki Grażyny. W ręku trzymała kwiaty i oczy miała pełne łez. W upale, środkiem ulicy szły miarowym krokiem szeregi. Na śmierć!
— Idą umrzeć za ojczyznę — mówiła dumnie pani Grażyna.
— Zwycięstwo! — krzyczały wokół głosy. — Na front! Na wroga!
I zewsząd sypały się kwiaty, pod ciężkie zakurzone buty, na stalowe hełmy i garby plecaków. Anna też rzuciła im swoje pod nogi, lecz ręce jej tak drżały, że kwiaty rozsypały się tuż przy brzegu.
— Na wroga! Za ojczyznę — krzyczały wysokie podniecone głosy.
Rozejrzała się: tłumy kobiet o rozpłomienionych