Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łzy nad naszą ciężką niedolą — mówił Sergiusz Durów[1], który figur retorycznych i patetycznych, górnolotnych zwrotów lubił używać, pozując zawsze na męczennika za świętą sprawę, na wielkość mściwą ręką losu skrzywdzoną i upokorzoną srodze.
Niebawem deszczyk zamienił się w ulewą kroplistą, połączoną z gradem niezwykłej wielkości.
Przemokliśmy do suchej nitki. I bardzo byliśmy wdzięczni oficerowi, gdy ten, naradziwszy się z Iwanem Matwieiczem zadecydował, abyśmy przeczekali nawałnicę i pozwolił nam schronić się do kuźni.
Przy olbrzymiem kowadle i miechu pracowali tutaj obnażeni do pasa żołnierze.
Od ogniska buchał żar, jakgdyby z jakiejś groty Cyklopów, albo czeluści piekielnej. Kowale zgodnie z uderzeniami młotów, chórem śpiewali jakaś, bardzo smętną pieśń.
Nagle huknął strzał... jeden... drugi.. trzeci...
Zaczem kilkanaście pistoletowych strzałów gruchnęło jednocześnie...

Oficer i dozorca, Iwan Matwieicz, poskoczyli ku drzwiom wyjrzeć co się stało... A skoro wystrzały nieprzerwanym ciągiem następowały jedne po drugich, żołnierze porzucili miech, kowadło i młoty, a za nimi my wszyscy wbrew

  1. Siedem lat katorgi.