Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niejsze kęski, współtowarzysze katorgi dzielili się z nim wódką i tytoniem, pomagali mu przy pracy, często nawet odrabiając za niego roboty, których karzeł bezsilny nigdy nie zdołałby wykonać sam...
Kiedyśmy wyszli z boru, słońce już chyliło się ku zachodowi, rzucając na wody Irtysza fioletowe i krwawe odbłyski.
Od kirgizkich stepów szły parne, duszące powiewy...
W miarą, jak zbliżaliśmy się ku miastu, zerwał się wiatr.
Skądciś, zdaleka, przypędził chmurką.
Przemknąła po gorejącej lunie zachodu, przyćmiewając jej barwy jaskrawe.
Za chwilą pojawiła się druga, większa i gęściejsza chmurka... Niebawem zciemnił się i zachmurzył cały widnogrąg...
Lekkie powiewy zamieniły się w wicher gwałtowny...
Wzdłuż drogi, prowadzącej do Omska, były różne rządowe, drewniane budynki: bałagany[1] służące za skład cegieł i paszy dla koni artyleryjskich, szopy do tłuczenia i wypalania alabastru i cegielnie.

Wszystkie te budowle były już szczelnie zamknięte. Tylko w ogromnej, murowanej kuźni żołnierze pracowali jeszcze.

  1. Bałagan — drewniana szopa.